DZIEDZICTWO KULTUROWE

Tkactwo w Czarnej – rzemiosło, które niemal zanikło


Czarna była niegdyś znana z rzemiosła tkackiego. Miejscowość ta została lokowana w 1562 roku. Źródła podają, że w 1682 jednym z jej mieszkańców był cechmistrz tkacki Michał Peszko. W roku 1758 ówczesny właściciel Czarnej – Stanisław Lubomirski wydał postanowienie, które zezwalało tamtejszym tkaczom mieć we wsi cechmistrza i podcechmistrzego. Z racji tego, że w dużej części Czarnej gleba jest piaszczysta i nie można było na niej uprawiać lnu, przędzę przywożono aż spod Sokołowa i Raniżowa. Rzemiosło było przekazywane z pokolenia na pokolenie. Posiadanie warsztatu traktowano jak wyróżnienie, bo zarobek tkaczy był większy niż u chłopów pracujących na roli. W XIX wieku do najbardziej znanych tkaczy należeli Józef Bernat, Tomasz Kluz , Aniela Rejman.
Upowszechnienie się produkcji maszynowej oznaczało zmierzch tradycyjnego tkactwa. Po powstaniu fabryki sukna w Rakszawie na początku XX wieku, zapotrzebowanie na płótno wyrabiane przez czarnieńskich tkaczy znacznie się zmniejszyło. Dlatego wielu tkaczy zrezygnowało z tego rzemiosła. Podczas II wojny światowej okupant nie pozwolił na działanie warsztatów tkackich i były one niszczone. Przetrwało tylko kilka z nich – te, które zostały dobrze ukryte.
Pozostała jednak pamięć o tradycjach tkackich. W 2006 roku w Ośrodku Kultury w Czarnej wystawiono spektakl pt. „Siała se Kasia len”. Sztuka wróciła na scenę w roku 2024, dzięki projektowi „Utkane historie” realizowanemu przez GOKiR. W ramach tego przedsięwzięcia odbywały się także cykliczne warsztaty tkackie.

Smażenie powidła – sąsiedzka tradycja w Krzemienicy


Niegdyś w Krzemienicy smażenie powideł było wręcz sąsiedzkim rytuałem. Była to nie tylko praca, ale także okazja do wspólnego spędzania czasu. Odbywało się to w sierpniu lub wrześniu, kiedy śliwki były wystarczająco dojrzałe i słodkie. Węgierki należało najpierw wydrylować, a inną odmianę śliwek – tzw. namarsztyny – przetrzeć przez sito, aby pozbawić je pestek. Czasami do powidła dodawano także inne owoce, które akurat były dostępne, np. jabłka. Sąsiedzi wspólnie przygotowywali palenisko, które trzeba było wykopać. Powidło smażono w wielkich kotłach – niektóre z nich mogły pomieścić nawet 200 kg owoców. Jeden z takich garnków do tej pory znajduje się u Józefa Pelca – krzemienieckiego muzyka i poety. Rodzina pana Józefa otrzymała go kiedyś z pałacowej kuchni od rodziny Potockich z Łańcuta. Podczas smażenia jedna osoba zajmowała się dokładaniem drewna do ognia, a druga w tym czasie mieszała powidło. Im stawało się gęstsze, tym częściej należało je mieszać, aby się nie przypaliło. Ludzie pracujący przy kotle i palenisku co jakiś czas zmieniali się. Do powidła czasami dodawano cukier, ale często obywało się bez tego dodatku. Na koniec przelewano powidło do glinianych garnków. Jeżeli było dobrze wysmażone, to przez długi czas mogło stać w spiżarni i nie psuło się.
Spotkanie przy smażeniu powidła było też swego rodzaju rozrywką. Znajomi mieli okazję by ze sobą porozmawiać, czy wspólnie pośpiewać. Wesoło było zwłaszcza, kiedy ktoś przyniósł harmonię. W tym czasie również dzieci organizowały sobie różne zabawy. W dzisiejszych czasach niektórzy mieszkańcy Krzemienicy nadal kultywują ten zwyczaj i późnym latem spotykają się przy smażeniu powideł.

Jajecznica z ogniska, czyli Zielone Świątki po krzemienicku


Zielone Świątki były dawniej bardzo radosnym świętem. Tego dnia w Krzemienicy całe rodziny udawały się w pole. Tam rozpalano ognisko, na którym smażono jajecznicę. Jadało się ją ze świeżym, pachnącym chlebem, upieczonym dzień wcześniej. Gospodynie przynosiły z domu także inne smakołyki. Ludzie rozmawiali, śmiali się, śpiewali. Cieszyli się chwilą wytchnienia od ciężkiej pracy oraz piękną, wiosenną pogodą.
Zwyczaj ten miał swoje początki prawdopodobnie w drugiej połowie XIX wieku. Po zniesieniu pańszczyzny i wyzwoleniu chłopów, w Krzemienicy powstały liczne gospodarstwa kmiece. Bogaci chłopi zatrudniali parobków, którzy pomagali im w prowadzeniu gospodarstwa. Zgodnie ze zwyczajem, w dniu świętego Jana parobek miał prawo odejść do innego gospodarza. Jeżeli kmieć był zadowolony ze swojego sługi, to starał się go „przekupić”, aby jednak nie odchodził. W nagrodę za dobrą pracę, z okazji Zielonych Świątek dawał parobkowi kilka jajek. W czasach powszechnej biedy i niedożywienia był to dla służącego prawdziwy dar. Gdy podczas Zielonych Świątek parobkowie wyganiali krowy na pastwisko, przy okazji urządzali sobie „piknik” i z podarowanych jaj smażyli jajecznicę. Po jakimś czasie również gospodarze zauważyli, że smażenie jajecznicy na ognisku może być świetną rozrywką. Zwyczaj, który zapoczątkowali parobkowie, został z czasem przejęty przez całą wiejską społeczność. Niektórzy mieszkańcy Krzemienicy kultywują go do tej pory. Niektórzy powrócili do tej tradycji przodków, bo odkryli że jajecznica smażona na ognisku w gronie bliskich osób smakuje wyśmienicie.
Zwyczaj ten znalazł także odbicie w lokalnej kulturze. W 2021 roku w Ośrodku Kultury w Krzemienicy wystawiono sztukę pt. „Jajecznica w polu, czyli Zielone Świątki po krzemienicku”, w reżyserii Zenona Buka i Natalii Kozy. Była to część projektu pt. „Tradycja proszona na scenę”, który realizował GOKiR.

Skąd ona się wzięła? Tego dowiedziecie się dzięki widowisku, nad którym pracuje grupa mieszkańców Krzemienicy wraz z reżyserką teatralną Natalią Kozą. Będzie to jedna z części spektaklu poświęconego dawnym obrzędom i obyczajom z naszych okolic.
Przedstawienie to finał projektu „Tradycja proszona na scenę”, finansowanego przez Narodowe Centrum Kultury.

Garncarstwo w Medyni


Medynia Głogowska, Medynia Łańcucka, Pogwizdów i Zalesie tworzą zagłębie garncarskie. Tutejsza ziemia nie sprzyjała rozwojowi rolnictwa. Kryła za to inny skarb, który wykorzystali dawni mieszkańcy. Dzięki obfitości gliny (zarówno iłu, jak i piecówki) w XIX wieku na tych terenach rozwinęło się garncarstwo. Według miejscowej tradycji jedna z właścicielek Medyni sprowadziła z Kołomyi pierwszych garncarzy o nazwisku Jurek. Początkowo wyrabiano tutaj siwaki – naczynia o kolorze stalowym lub czarnym. Aby uzyskały taką barwę, wypalano je w piecu bez udziału tlenu. Później siwaki produkowano tylko w Zalesiu, natomiast w pozostałych miejscowościach powstawały naczynia szkliwione.
Medyńskie zagłębie stało się największym ośrodkiem garncarskim na ziemiach polskich. W latach 50-tych i 60-tych XX wieku pracowało tutaj ponad 100 garncarzy i ceramików. Do najwybitniejszych twórców należeli m.in.: Andrzej Ruta, Stefan Głowiak, Jan i Edward Jurkowie, Jan Kot, Emilia Chmiel, Władysława Prucnal. Gliniane naczynia – różnego rodzaju garnki, dzbanki, misy, czy doniczki, służyły najpierw jako przedmioty użytkowe. Później wytwarzano je głównie do celów dekoracyjnych. W czasach PRL tutejsi ceramicy współpracowali ze spółdzielnią Cepelia, która zajmowała się dystrybucją glinianych przedmiotów.
Z czasem jednak następował stopniowy upadek medyńskiego garncarstwa. Przyczyniły się do tego m.in. brak zainteresowania tym rzemiosłem wśród młodszych pokoleń mieszkańców, oraz transformacja ustrojowa w latach 90. i będący jej skutkiem upadek Cepelii.
Po latach kryzysu nastały jednak bardziej pomyślne czasy. W 2001 roku dzięki staraniom GOKiR i Gminy Czarna, w Medyni Głogowskiej powstała Zagroda Garncarska. Coraz większy rozgłos zyskiwał organizowany tam co roku Jarmark Garncarski. W 2021 roku, po gruntownej rewitalizacji, Zagrodę Garncarską przekształcono w Ośrodek Garncarski Medynia, który łączy tradycję ze współczesnością. Pojawili się tez nowi, utalentowani garncarze i ceramicy. Współcześni twórcy działający w medyńskim zagłębiu garncarskim to m.in. Andrzej Plizga, Barbara Plizga, Karolina Plizga – Róg, Agnieszka Nawłoka, Janusz Głowiak.